Wpływ dziadków na dzieci, okiem nauki

7 min.   1   0   Drukuj   Prześlij

dziadek

Jest pełna zgoda co do tego, że nikt tak dobrze jak dziadkowie nie rozpieszczają naszych dzieci. Są nieocenioną pomocą, pod jednym wszakże warunkiem: że znają granice i nie postępują wbrew nam.

Dotarły do nas jednak różne badania, które podają w wątpliwość wyłącznie korzystny wpływ fajnych dziadków na swoje wnuczęta. Wygląda bowiem na to, że dzieci, które spędzają w absolutnie przychylnym, życzliwym i mniej wymagającym środowisku zbyt wiele czasu, mogą mieć kłopoty z wagą – i rozwojem społecznym.

Żaden sernik, szarlotka czy placek nie smakują tak dobrze, jak te z babcinego pieca. A dżemy – wiadomo, najlepsze robi właśnie dziadek. I owoce w wekach pewnie też. A że sami coraz częściej troszczą się o swoje kształty (i zdrowie), wszystkie te pyszności podtykają pod nosy wnukom. Trudno z kolei winić dzieci, że wciągają pokarm, jakby jutra miało nie być – jesteśmy genetycznie zaprogramowani do robienia zapasów, więc tyjemy, tyjemy… aż sami siebie nie poznajemy.

Szczególnie dotyczy to dzieci, które w ogólności – jeśli wierzyć szybkiej sondzie przeprowadzonej w redakcji – swój czas u dziadków spędzają głównie na posiłkach i telewizorze, czy też z przenośną konsolą w dłoni. Efekt? Jest, jak zauważają naukowcy, opłakany.

Dzieci, które wychowywane są przy dużym udziale dziadków, cierpią na otyłość trzydzieści procent częściej, niż te, które rodziców swoich rodziców odwiedzają wyłącznie od święta.

Dotychczas uważano, że otyłość dotyka głównie te dzieci, które wychowują się w warunkach ubóstwa, a także mają rodziców przy kości. Ale potomstwo szeroko rozumianej klasy średniej pokonuje tamtą grupę w cuglach. Tak wynika z badania, przeprowadzonego przez naukowców z londyńskiego University College na grupie dwunastu tysięcy trzylatków.

Profesor Catherine Law, która nadzorowała badania, wysnuła bardzo logiczny wniosek:

Dziadkowie rozpuszczają dzieci słodyczami, a także kuchnią, od której dziś się odchodzi – opartą na tłuszczu. Znacznie rzadziej, co zrozumiałe, bawią się z dziećmi na wolnym powietrzu, o sporcie nie mówiąc.

Pani profesor zauważyła także, że dzieci, które ten czas spędzały w domach lub przedszkolach, nie przejawiały skłonności do nadwagi. Jako, że sama podrzuca czasem swoje pociechy dziadkom, szybko dodaje:

Oczywiście, ich rola jest trudna do przecenienia; udowodniliśmy jedynie, że dawanie dzieciom jedzenia na wynos, wciskanie słodyczy i brak zachęt do aktywności ruchowej mogą oznaczać, że dziadkowie nie mają zwyczajnie pojęcia o tym, jak powinna wyglądać zdrowa dieta rozwijających się dzieci.

A więc syn, czy córka, którymi zajmują się dziadek z babcią, mają o piętnaście procent większą szansę na zbyt szybkie przybranie na wadze, jeśli taka pomoc występuje tylko przez kilka dni w tygodniu; i aż o trzydzieści cztery procent większą, jeśli dziadkowie są do opieki wykorzystywani codziennie.

Analizowano także, czy wpływ na te czynniki mają także pochodzenie bądź środowisko dziecka. Okazało się, że najczęstsze przypadki wywoływanej przez najstarsze pokolenie otyłości dotykają potomstwo rodzin o wystarczającej, bądź dobrej stopie życiowej; tam, gdzie matki pracują, uczą się i żyją razem z partnerem.

Ale czas, który starsze pokolenie poświęca najmłodszemu, jest też doskonałą inwestycją w walory umysłowe. Inne badanie pokazuje bowiem, że dzieci, którymi zajmują się dziadkowie, radzą sobie znacznie lepiej w przedszkolach i szkołach. W nauce, znaczy.

W wieku lat trzech wyprzedzają swoje równolatki. To skutek godzin, które poświęcają im znacznie od nich mądrzejsi dorośli. Rośnie ich zasób słów, a także zdolności kojarzenia. Im lepiej sytuowany dom – bardziej wykształceni dziadkowie, tym bardziej ta różnica się powiększa.  Efekt jest taki, że zaczynają wcześniej mówić, wcześniej czytać i pisać.

Innymi słowy, wygląda na to, że dziadkowie odwalają robotę za zajętych i zmęczonych rodziców.

Badacze zwracają także uwagę na mocne powiązanie rozwoju społeczno-emocjonalnego i faktu bycia wychowywanym w sporej części przez dziadków z dobrze wykształconych rodzin. Ale w tych gorzej sytuowanych sytuacja jest odwrotna. Tam dzieci więcej skorzystają w przedszkolu czy żłobku.

Analiza, przeprowadzona przez brytyjskie instytucje (Bryson Purdon Social Research, Essex University’s Institute for Social and Economic Research oraz National Centre for Social Research) obejmowała blisko dziewiętnaście tysięcy dzieci. Większość rodziców wybiera podrzucanie swoich kilkulatków dziadkom, zamiast posyłania ich do przedszkól, nie ze względu na finanse – a dlatego, że, w ich opinii, panujące w domach warunki określają jako bardziej sprzyjające.

Tyle, że z tym badaniem w sprzeczności stoi inne.

Oto bowiem, na próbie prawie pięciu tysięcy młodzieniaszków, udowodniono, że przebywanie z dziadkami rujnuje dobre wychowanie, a z ministrantów robi opryskliwych chamków.

Trzeba jednak przyznać, że wyposażonych w większy słownik.

Problemy z zachowaniem pojawiają się już na etapie pierwszych, przedszkolnych socjalizacji. Przyzwyczajone do towarzystwa dorosłych dzieci nie mogą znaleźć wspólnego języka z rówieśnikami. Przekłada się to też na problemy w nauce – szczególnie, jeśli chodzi o pilność w odrabianiu pracy domowej.

Bywalcy przedszkól i zerówek łatwiej i szybciej rozumieją takie abstrakcyjne koncepty, jak kolory, liczby, rozmiary, porównania i kształty. Zaangażowani rodzice-blogerzy – tacy, jak Siobhan Freegard, założycielka portalu dla matek netmums.com, nie wydają się jednak zaniepokojeni:

Zyski w sferze emocjonalnej, będące skutkiem ciągłego kontaktu jeden-do-jednego, są, według mnie, większe, niż potencjalne problemy wychowawcze.

I dodaje, że korzyści w rozwoju mózgu, wynikające właśnie z nieustannej i intensywnej relacji dziecka z emerytami, trudno przecenić. Szczególnie, że – jak wynika z jeszcze innego badania – posyłane do żłobków dzieci znacznie częściej przejawiają skłonności do agresywnych zachowań wobec rówieśników, mają też kłopoty z wypracowaniem kompromisów.

Znacznie częściej dotyczy to chłopców.

A więc, każdy, kto nadużywa uprzejmości dziadków i babć – posyłając do nich swoje dzieciaki – musi sam podjąć decyzję, czy kosztem relacji z rówieśnikami inwestować w ich rozwój intelektualny.

Albo znaleźć jakiś złoty środek.

Dołącz do nas na Facebooku

Pliniusz

Jestem ojcem 8-letniego syna i 6-letnich bliźniaczek. Bywało ciężko, ale było warto.

Jeden komentarz

  1. witam

    27 maja 2015 at 15:33

    VA:F [1.9.22_1171]
    0

    Baardzo stronniczy artykuł.

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *


*

banner
Przeczytaj inne:
Zestaw wyjściowy na wypadek draki

Kłótnie rodzeństwa to kłopoty później, ale nie wtrącaj się.

Kiedy seks po porodzie – i jaki? [WIDEO]

Zamknij