Rośnie pokolenie zbyt pewnych siebie narcyzów?

7 min.   0   0   Drukuj   Prześlij

kid1

Znajomy zagraniczniak podzielił się ze mną ostatnio obserwacją, która poczynił w parku niedaleko swojego domu. Widział tam trzylatka, który budował zamek z piasku. Gdy tylko skończył, krzyknął do matki: „Zrób zdjęcie!”, po czym przybiegł i z krzykiem, wdrapując się na kolana, żądał „Pokaż mi! Pokaż mi!”.

Choć gość, który mi to opowiadał, siedział daleko, wiedział doskonale, że na zdjęciu wcale nie ma pieczołowicie budowanej piaskowej fortecy. Zamiast niej centralnym punktem kadru jest ów trzylatek. Wiedział to, bo sam takich zdjęć ma setki. Przyprawiło go to o ciarki.

Odkąd bowiem robienie zdjęć jest tak proste, jak wyciągnięcie telefonu z kieszeni, dokumentujemy za pomocą przetworników i kart pamięci każdą chwilę. Przez cały czas mamy przy sobie narzędzie do tworzenia wiernej kopii momentów, które przeżywamy. Według badania amerykańskiej NPD Group, liczba zdjęć robionych telefonami rośnie rokrocznie o około 25 procent! Ta obsesja dotyczy wszystkich pokoleń, a szczególnie tych, które korzystają z mediów społecznościowych. Sami znacie tych rodziców, którzy bez przerwy wrzucają nowe fotki na swoje tablice… jest zresztą spora szansa, że też tak robicie. O zagrożeniach z tym związanych traktujemy gdzie indziej.

Skoro jednak robienie zdjęć jest takie przyjemne, dlaczego tamto dziecko w parku wywołało dysonans u obserwującego je nieznajomego?

Nasze zdjęcia, wykonywane przez rodziców dwadzieścia lat temu, to głównie dzieła przypadku: zaplątany i wywołany dwa tygodnie później uśmiech, jakaś fota z zaskoczenia, obraz przyjaciela z dzieciństwa. Dziś dzieci i ich rodzice mają czas, by je ustawić, by im zapowiedzieć, że będzie robione zdjęcie. By mogły przygotować minę numer cztery, a potem uśmiech numer dwa. Z kolekcjonowania obrazów-wspomnień robi się jeżeli nie pictorial, to co najmniej sesja okładkowa.

Nie tak dawno temu pisarz David Zweig napisał na łamach sekcji parentingowej New York Times’a o swoim zaniepokojeniu córką, która żądała bez przerwy pokazywania jej swoich własnych zdjęć w telefonach rodziców i na komputerze. Robiła to częściej i częściej.

Dawniej w cenie była skromność. Nieświadomość swojego wyglądu. Podejrzewam, że nasza zbiorowa obsesja na punkcie fotografii dzieci przyczynia się do tego, że dziś o skromności mało które dziecko ma pojęcie,

podsumował swoje obserwacje Zweig. Jego uwaga jest o tyle słuszna, że już dziś widać związek między powszechnością fotografii, a pewnością siebie dzieci. Coraz więcej dziecięcych psychologów zauważa, że przesunął się w dół wiek, w którym dziecko zauważa swoją odrębność od świata – indywidualność. Wcześniej miało to miejsce około drugiego, trzeciego roku życia; dziś, głównie za sprawą luster i fotografii, ma to miejsce już w osiemnastym miesiącu życia.

Pokolenie naszych niemowląt, noworodków i trzy-, czterolatków jest z pewnością najczęściej fotografowaną generacją w historii ludzkości. Przed nami efekty częstego wciskania spustu migawki. Wcześniejsza samoświadomość, a co za tym idzie, rozbuchana pewność siebie, nie jest wyłącznie pozytywna. Szeroki dostęp do przenośnej elektroniki – smartfonów, tabletów – w domach, a także łatwość ich użycia, sprawiają, że zaburza się pewna relacja między wspomnieniami a zbieraniem doświadczenia.

Możemy sobie z łatwością wyobrazić, że w czasach, gdy trzeba było wytężać pamięć by przypomnieć sobie pewne wydarzenia, wielokrotne odwoływanie się do nich sprawiało, że rosła nasza wiedza o świecie. Wzrastało doświadczenie. Przypominając sobie wakacje na Mazurach, mimowolnie wracaliśmy do wspomnień o zakładaniu robaka na haczyk, rozpalaniu ogniska z precyzyjnie ułożonego stosu. Dziecko, które ogląda zdjęcia, nie przywołuje tych obrazów. Widzi siebie, chmury na niebie, zieloną trawę może. Nie pamięta pierwszego zjazdu rowerem z górki, skoku na bombę czy picia mleka prosto od krowy.

Ponadto, błyskawiczne zbieranie tak wiernych wspomnień może spowodować efekt nazywany przeze mnie efektem japońskiego turysty. Skupiając się na występowaniu przed obiektywem, bądź samodzielnym fotografowaniu wszystkiego, dziecko nie daje sobie szansy na prawdziwe obserwowanie i przeżywanie wartych zapamiętania chwil. To trochę tak, jak z koncertami: coraz więcej osób nagrywa je, zamiast więc patrzeć i słuchać, kontroluje, czy smartfon jest w zapisie, czy może kończy się miejsce w pamięci.

Dziecko, krzycząc „Pokaż mi zdjęcie! No pokaż!”, wytrąca się z chwili, w której mogłoby jeszcze pobyć kilka minut. Wspomnienie zamku z piasku nie utrwali się w pamięci długotrwałej, bo zostało w międzyczasie wyparte koniecznością obejrzenia siebie na zdjęciu. A życie nie jest przecież kolekcją kilku istotnych detali, podświetlonych lampą błyskową, utrwaloną na wieki na zdjęciu.

Tymczasem rodzice, którzy biorą udział w różnych wydarzeniach artystycznych z udziałem swoich dzieci, wiedzą doskonale, jak trudno jest czasem dojrzeć to, co dzieje się na scenie, bo zasłaniają to obiektywy, wyświetlacze i wszelkiej maści inne nagrywacze. Mogłoby się wydawać, że nie ma w tym nic szkodliwego, ale kto jest w stanie zapamiętać – i zachwycić się – grą własnego dziecka w przedstawieniu, jeśli przez pół godziny pilnował, by nie drżała mu wyciągnięta w górę ręka obciążona karmerą?

Przy okazji, tracimy szerszą perspektywę. Nie zwracamy uwagi na inne dzieci. Skupiamy swoją uwagę wyłącznie na tym, które jest nasze. W obrazku nie mieszczą się jego koledzy, albo wrogowie. Nie wiemy niczego o chłopcu w przebraniu konika morskiego, czy dziewczynce grającej księżniczkę, bo przez cały czas wgapiamy się we własnego Krzysia czy Anię.

A potem wrzucamy te obrazki i zdjęcia do siatki społecznej.

Cyfrowa fotografa niesie za sobą jeszcze jedno niebezpieczeństwo: może prowadzić do zafałszowania obrazu. Gdy zdjęcia się drukowało, do rodzinnego albumu trafiały zarówno te z pięknymi wspomnieniami, jak i te, na których uwieczniliśmy chwile mniej radosne. Tyłek kota zaplątany w kadr, kawałek palca przysłaniający obiektyw – ja mam takie zdjęcia, ty masz takie zdjęcia, twoje dziecko raczej takich zdjęć nie ma.

Takie perfekcyjne dzieciństwo nie pozostawia miejsca na wszystko, co mniej doskonałe. A to przecież jest większa część życia.

Nie zamierzam przestać robić zdjęć: nie zgodziłyby się na to ani dzieciaki, ani żona. Ale próbuję nie wyciągać aparatu za każdym razem, gdy dzieje się coś, co chciałbym nosić ze sobą na zawsze. Mam cichą nadzieję, że przeżywając pewne momenty wspólnie – bez obiektywu – pozwalam dzieciom zrozumieć, że kształtują się nie po to, by wyglądać w obrazku, a po to, by być.

Dołącz do nas na Facebooku

Pliniusz

Jestem ojcem 8-letniego syna i 6-letnich bliźniaczek. Bywało ciężko, ale było warto.

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *


*

banner
Przeczytaj inne:
5 lekcji o byciu rodzicem, których udziela „Gra o tron”

i-Size, czyli wszystko, co powinieneś wiedzieć o zmianach w fotelikach – 19 pytań i odpowiedzi

Smoczek, który odmieni twoje życie.

Zamknij