Jak zabezpieczyć dom przed dzieckiem? Czyli – dlaczego tego nie robię.

7 min.   1   0   Drukuj   Prześlij

Wizja wykładania ścian i podłogi pluszowymi materacami o dwustuprocentowej zawartości materiałów przyjaznych ślepemu i rozpędzonemu niemowlakowi towarzyszyła mi niemalże od dwóch kresek na teście ciążowym. Ja, który mając tydzień na przemalowanie salonu, załatwiałem sprawę ostatniego dnia w nocy (by rano odkryć sporo niedoróbek), miałbym zabezpieczać dom przed dzieciem? Na pewno istnieje inne rozwiązanie.

Śmierć czyha na dziecko!

Szybko zacząłem się usprawiedliwiać. Jeśli sadzałbym dziecko przed telewizorem, uprawiałbym lazy parenting. Jeśli trzymałbym go w kojcu, samemu robiąc coś innego, uprawiałbym lazy parenting. Jeśli oddałbym go na cały dzień w opiekę komuś innemu, mając czas, by się nim zająć, uprawiałbym lazy parenting. W takim razie – co uprawiałbym, zabezpieczając cały dom, żeby dziecko podczas swoich eksploracji niczego sobie nie zrobiło? Podpowiedź: zwalniałbym się z obowiązku czuwania, patrzenia, reagowania i tłumaczenia.

Oczywiście, gdy tylko dalsi i bliższi znajomi dowiedzieli się o naszej ciąży, posypały się rady: „chcesz, to mam trochę blokad do szuflad, które już zdemontowałem”, powiedział jeden kumpel. „Człowieku, weź oddaj komuś psy”, zauważył drugi. Trzeci nie mówił akurat nic, bo wpatrywał się w baby monitor z transmisją wideo, czy przypadkiem serce dziecka równo bije.

Czyżby byli nadopiekuńczy? A może to ja nie mam racji?

Wiadomo, że doprowadzenie do finiszu procesu prokurowania dziecka nie jest łatwe. Trzeba znaleźć odpowiednią samicę partnerkę, nakłonić ją do podjęcia najważniejszej decyzji w życiu, przeżyć kilka miesięcy prób i starań, dotrwać do końca ciąży mimo kłód rzucanych pod nogi przez hormony i finanse, a na końcu nie zepsuć podczas niezdarnych pierwszych kąpieli, zmian pieluch czy konfrontacji ze światem za oknem.

Dlatego każdy z nas inwestycję swoją chce chronić. To prawda tak stara, jak ekonomia.

Za każdym razem, gdy słyszeliśmy „musicie kupić sobie dywany!” (by roztocza miały gdzie srać), „pozbądźcie się kuchni gazowej!” (by zbankrutować na elektryce), a także „te kable nie mogą tak wisieć!” (bo, jak wiadomo, prąd można doprowadzić do naściennego telewizora bezprzewodowo), każde z nas myślało w duchu: „zrobimy tak, gdy nie uda się inaczej”.

Wygląda bowiem na to, że człowiek, który ma zostać rodzicem, powinien wyzbyć się wszystkich udogodnień świata cywilizowanego, a jeśli nie da się inaczej, opakować je w ochraniacze, a całość w folię bąblową.

Rzeczywistość zweryfikowała niepokoje.

Na szczęście rodzice czuwają! Ta pralka nie wyrządzi dziecku krzywdy.

Na szczęście rodzice czuwają! Ta pralka nie wyrządzi dziecku krzywdy.

Kiedy dziecko przyjechało do domu, mieliśmy tylko jedną rzecz, mieszczącą się w kategorii „baby proofingu”, czyli antydzieciowych zabezpieczeń. To bramka, która oddzielała dwie części mieszkania. Mieliśmy ją na długo przed ciążą, i służyła do trzymania psów w jednym miejscu, gdy myta jest podłoga w drugim. Na tym przedmiocie kończą się więc praktyczne aspekty mojego zabezpieczania domu przed najazdem kolonizatora.

Problem ze specjalnym przygotowywaniem domu na nadejście najmniejszego członka rodziny mam też mentalny. Nie chcę robić klatki, w której poruszać wolno mu się tylko w obrębie ogrodzenia. Nie zamierzam przecież zostawiać dziecka samego w dużym pokoju, gdy skoczę do toalety albo po bułki. Dziecko ma żyć ze mną, a nie w części pomieszczenia która jest wystarczająco bezpieczna, by sąsiedzi nie dzwonili po opiekę społeczną.

Możesz mówić, że jestem naiwny, ale nawet, gdy siedzę z nosem w którymś z otaczających mnie urządzeń elektronicznych, a matka mojego dziecka rozwiesza pranie w innym pokoju, i tak mam poczucie, że dziecko jest pod ciągłą obserwacją. Nawet, jeśli tylko kątem oka i tylko co chwilę. Rzut oka co dziesięć, trzydzieści sekund powinien wystarczyć, by rodzic poczuł się pewnie, a dziecko było dalej bezpieczne.

Wychodzę bowiem z założenia, że noże, leki, alkohol i chemię trzyma się poza zasięgiem rąk dziecka. Nie zamierzam instalować specjalnej blokady na lodówkę czy zamrażarkę (nie przechowujemy tam przecież wąglika), piankowych ochraniaczy na rogi od blatów, a szklane przedmioty od dawna zajmują bezpieczne miejsce w szafkach na takiej wysokości, że zanim moje dziecko do niej dorośnie, straci zainteresowanie czymkolwiek, co nie jest krwawą jatką w telewizorze, albo nauczycielką angielskiego (bo języki to ważna rzecz).

Mam bowiem wrażenie, że tam, gdzie zaczyna się od zaślepiania kontaktów, a kończy się na zakupie kasku na głowę dziecku, które uczy się chodzić (true story, są takie, i to całkiem drogie), tak naprawdę krzywdzi się dziecko. Ogranicza się jego skłonność do sprawdzania, eksperymentowania, przekonywania się. Dziecko i tak się kiedyś oparzy. I tak je kopnie prąd. Spadnie z drzewa. Lepiej, żeby wcześniej poznało, że nie wszystko jest w życiu bezpieczne, niż wtedy, gdy żadnego z nas przy nim nie będzie.

W końcu życie to proces ciągłego uczenia się. Zrobiliśmy milion lat ewolucji, ucząc się. Odbierając dziecku możliwosć poznawania otoczenia, sami sobie szykujemy sytuację, w której przed otwarciem szampana będzie musiało przeczytać, tfu! – obejrzeć piktogramy z instrukcją, by nie wybiło sobie oka.

Gdzie bowiem kończy się, a gdzie zaczyna, granica tego, jak bardzo chronimy dziecko przed światem? Czy zatykanie kontaktów faktycznie wyświadcza mu większą przysługę, niż „nie rób tego”, gdy pcha do niego palce? Czy nie lepiej tłumaczyć, choćby i po trzydzieści razy, zamiast, po prostu, usuwać mu z drogi zagrożenia?

Moje dziecko jest i tak za grube, by zmieściło się do odpływu w toalecie. A kable, które budziły jego zainteresowanie (a szczególnie HDMI), po dwóch tygodniach prób kończących się interwencją słowną rodziców, wiszą dalej, jak wisiały. Interesują go zaś tyle, co mycie zębów.

Tyle, że nie zabezpieczanie domu przed dzieckiem wymaga znacznie więcej wychowawczego wysiłku, niż zamontowanie bramki, paru blokad i kupienie kasku.

Dołącz do nas na Facebooku

Michał Nazarewicz

Przede wszystkim ojciec. Dziennikarz telewizyjny (m.in. "Teleexpress", "Panorama"), prasowy (m.in. "Profit", "Focus", "Wiedza i Życie") i radiowy. Wielki fan technologii, gier wideo, zdrowego rozsądku, ekonomii i zaangażowanego ojcostwa. Prowadzi warsztaty dla rodziców podczas konferencji i dla ojców w ramach szkół rodzenia. Dzięki temu, oraz własnemu doświadczeniu, zna zmartwienia - i sposoby na nie - młodych rodziców.

Jeden komentarz

  1. Pingback: Czy mogę pić mleko z piersi, czyli czego szukają przyszli ojcowie...? | tatapad - tatapad

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *


*

banner
Przeczytaj inne:
Wybuchy złości: wszystko, co powinieneś wiedzieć.

Od kiedy ruszać wspólnie na stok? [WIDEO]

Czy wiek dziecka na słoiczku z jedzeniem jest istotny?

Zamknij