Kolka: raport z oblężonego miasta [LIST WIDZELNIKA]

6 min.   1   0   Drukuj   Prześlij

Poniższy list nadesłał nam Widzelnik, któremu urodziło się cztery miesiące temu dziecko. Myslę, że nie wymaga komentarza; jest zresztą zbyt późno, by ktokolwiek w redakcji mógł go napisać na tak samo wysokim poziomie.

Kolka.jpg

 

O tym, czym jest kolka, można przeczytać w wielu miejscach w Internecie. Lekarze definiują ją jako „zjawisko wywołujące płacz u dziecka, który trwa ponad trzy godziny dziennie przez co najmniej trzy dni w tygodniu powtarzające się co najmniej przez trzy tygodnie”. W przeciwieństwie do większości noworodków, które płaczą, gdy są głodne, lub jest im zimno, takie dziecko ciężko uspokoić.

Mój syn regularnie przekraczał ustawowe, trzygodzinne dawki. Przez pewien czas moja żona prowadziła dziennik, mając nadzieję, że uda jej się znaleźć jakieś wzorce, klucz do rozwiązania tej zagadki. Był taki dzień, że – z wyłączeniem momentów, kiedy jadł i spał – Krzyś nie płakał przez… dwie minuty. Z zegarkiem w ręku.

A ten płacz, to coś innego, niż zwyczajne „jest mi źle”. To wykrzywianie ciała, czerwona twarz, grymas bólu, wierzganie kończynami. I pot, w ogromnych ilościach, jak z filmu „Czy leci z nami pilot?”. Mój syn wyglądał, gdy na niego patrzyłem, jakby w pełnym oporządzeniu przemieszczał pustynię w Iraku.

W dodatku jego płacz był niesłychanie trudny do zniesienia. Oprócz codziennych obowiązków wokół noworodka, takich, jak karmienie czy przewijanie, wykonywanych z dziesięć razy dziennie, musieliśmy jeszcze radzić sobie z tym niesłychanie głośnym krzykiem. To powoduje, że rosło w nas poczucie beznadziei i braku perspektyw.

Poczucie to potęgował fakt, że środowisko medyczne nie ma zielonego pojęcia, czym tak naprawdę jest kolka. Jeśli zapytać lekarza, poda ci sześć różnych przyczyn, a znajomi wcale nie są lepsi. Ja skłaniam się do twierdzenia, że niedojrzały mózg, świeżo po przyjściu na świat, zderza się z ogromną ilością bodźców, ale głowy mądrzejsze ode mnie wciąż wahają się, czy jest to sprawa bardziej psychiczna – reakcja na stres i nerwy rodziców, czy fizyczna – na przykład niezaludniony bakteriami układ pokarmowy.

Najgorsze, i najczęstsze, co mówili pediatrzy, to – „musicie się z tym zmierzyć, minie samo. Dajcie mu jakiejś herbatki.”

Poznaliśmy nowe słowo-klucz, używane przez lekarzy: „spróbujcie”, łączone często z „może”. Wiesz, że lekarz leczący cię z gronkowca nie powie, „spróbujemy użyć wankomycyny, może coś pomoże”. Mówi: bierz te pigułki trzy razy dziennie po dwie. Jeśli wchodzi w tryb przypuszczający, wiadomo, ze nic nie wiadomo. „Nie wiem, jak pomóc waszemu dziecku, nie wiem, co powoduje, że ciągle płacze, radźcie sobie jakoś, powodzenia” – tak brzmi ten komunikat po przetłumaczeniu na język pacjencki.

Gdy tylko zrozumieliśmy, ze kolki Krzysia niekoniecznie są związane z tym, co je, sięgnęliśmy po fachowe, „sprawdzone” sposoby. Grzanie pieluch. „Happiest baby on the block” doktora Harveya Karpa. Prawdę powiedziawszy, ta książka powinna nazywać się „pięć technik, które w sposób losowy albo zadziałają, albo nie”. W naszym wypadku działało połączenie ciasnego owijania, szumienia w ucho i bujania się z dzieckiem na fotelu. Konia z rzędem temu, kto w takiej sytuacji potrafi spędzić więcej, niż dwie godziny. Gdy tylko go odkładaliśmy, znów zaczynał się płacz: rożek czy becik był w jednym miejscu, a syn w drugim. Mokry od potu i przeraźliwie zmęczony. Jak i my.

Po miesiącu trwania w tej sytuacji zacząłem słyszeć wyimaginowane krzyki. Co chwilę podnosiłem głowę znad poduszki, by sprawdzić, czy znów płacze. Jego szlochanie słyszałem nawet w biurze; żona spała z ręką w jego kołysce, próbując utrzymać smoczek w buzi, gdy dziecko ciągle kręciło głową.

Do dziś, gdy sobie to przypominam, podnosi mi się ciśnienie. Szczególnie, gdy wspominam zalecenia z książek – nie przejmować się kolką, to mija, jest niegroźne dla dziecka. Dla dziecka może tak. Dla mnie, i naszego związku, już nie.

Bywały noce, że patrzyłem na siebie w afekcie i nie mogłem zrozumieć, jak do tego doszło. Krzyczałem na dziecko. Kazałem mu się uspokoić. Kilka razy nim potrząsnąłem. Nie jestem z tego dumny. O, nie. Ale gdy wychodziłem z windy na klatkę schodową, i słyszałem pracujący odkurzacz – co oznaczało, że wykończona, zapłakana i wściekła, a przy tym niewyspana żona próbuje uspokoić Krzysia – chciałem wrócić do samochodu i udać, że muszę zostać na noc w pracy. Wolałem noc na krześle biurowym (z Office Depot, bez podłokietników, na kółkach) niż koszmar w domu.

Odkurzacz przynajmniej działał. Do momentu, dopóki go nie wyłączaliśmy.

Zaczęliśmy się kłócić. Nawzajem zarzucać sobie niekompetencje. „Nie trzymaj go w ten sposób!”, „Nakarm go!”, „Chyba trzeba go przewinąć”, czytając chaotycznie książki, które nie udzielały żadnej odpowiedzi. Przestaliśmy ze sobą rozmawiać, wykończeni, zaczęliśmy żywić do siebie niechęć. Niechęć, bo każde z nas obwiniało to drugie o wszystkie nieszczęścia.

I choć po trzecim miesiącu życia Krzysia – jak z zegarkiem w ręku – kolki zniknęły, ja wciąż nie mogę zrzucić 30 kilo, które przytyłem spędzając noce na nerwowym wyczekiwaniu, kiedy płacz przerwie rzadkie chwile spokoju na kanapie, jedząc lody, ciastka, a gdy tego nie było, resztę zawartości lodówki –  i oglądając to, co fale eteru przyniosły na ekrany telewizora. Pewnie zamiast tego mógłbym po prostu się napić, ale z jednej strony przy dziecku chciałem być trzeźwy, a z drugiej, kaca i kolki bym po prostu nie zniósł.

Do dziś oboje z żoną czujemy ogromny niepokój, gdy gdzieś wychodzimy z małym. Nerwowo czekamy, kiedy zacznie się płacz niemożliwy do opanowania. Trzymamy się kurczowo planu dnia, podświadomie obawiając się, ze każde odstępstwo może spowodować powrót koszmaru.

Dziś Krzyś płacze tylko, gdy się nudzi, jest głodny, albo ma inną niezaspokojoną potrzebę. Uśmiecha się, z pewnością nie pamięta horroru, który nam urządził. My natomiast, niestety, długo go nie zapomnimy.

Nasze plany związane z kolejnym dzieckiem raczej nie wejdą w fazę realizacji.

Dołącz do nas na Facebooku

Michał Nazarewicz

Przede wszystkim ojciec. Dziennikarz telewizyjny (m.in. "Teleexpress", "Panorama"), prasowy (m.in. "Profit", "Focus", "Wiedza i Życie") i radiowy. Wielki fan technologii, gier wideo, zdrowego rozsądku, ekonomii i zaangażowanego ojcostwa. Prowadzi warsztaty dla rodziców podczas konferencji i dla ojców w ramach szkół rodzenia. Dzięki temu, oraz własnemu doświadczeniu, zna zmartwienia - i sposoby na nie - młodych rodziców.

Jeden komentarz

  1. Sylwia Ufnalska

    14 kwietnia 2013 at 22:37

    VA:F [1.9.22_1171]
    0

    Moja pierwsza córka (wcześniak) tez miała straszne kolki. Moim zdaniem przyczyną kolek jest ból, najprawdopodobniej spowodowany niedojrzałością układu pokarmowego. W najgorszych momentach uspokajało ją tylko gwałtowne huśtanie w pionie (tzn. podrzucanie dziecka bez wypuszczania). A kilogramów jej przybywało i takie huśtanie było coraz bardziej męczące. Dlatego wymyśliliśmy kołyskę podwieszoną na suficie. Mój mąż zrobił ją z drewnianych beleczek i materiału na leżaki, Ale tymczasowo wystarczyłaby lekka gondola wyjęta z wózka i podwieszona pod sufitem. Gdy się mocno kołysało, dziecko się uspokajało, i rodzice mogli trochę „odsapnąć” i zregenerować psychicznie 🙂

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *


*

banner
Przeczytaj inne:
Disney Infinity – bezpieczna gra dla dziecka

Ile powinno jeść dziecko? [WIDEO]

jak uspic dziecko
Jak uspokoić płaczące dziecko? Metoda stuprocentowa

Zamknij